Flor de Obera to yerba mate, względem której nie miałem żadnych większych oczekiwań. Była dla mnie nowością i ciekawostką, ponieważ nie można było jej wtedy kupić w regularnej sprzedaży, nieco później pojawiła się w mniejszych ilościach także w Polsce.

Zacznijmy od wrażeń wizualnych, bo nad tymi chciałbym się chwilę pochylić. Przypominają mi lata 90 w Polsce, ewentualnie stare yerbowe marki, które jakby lekko nie nadążają lub nie chcą nadążać za współczesnym designem. Jest to coś, co się wielu spodoba, a innym może kojarzyć się z czymś tanim lub niestarannym. Opakowanie jest papierowe, na froncie i rewersie mamy właściwie to samo, dużą nazwę Flor de Obera oraz logo. Po bokach znajdziemy techniczne informacje i to by było na tyle, więc nie pozostaje nic innego jak konsumpcja. Marka należy do spółdzielni rolniczej Cooperativa Agricola LTDA De Obera. Takie spółdzielnie możecie kojarzyć z innych marek, głównie zrzeszają mniejszych producentów, lub skupują susz od wybranych rolników w swoim regionie.

flor de obera opakowanie bok

Zapach po przyłożeniu nosa do paczki jest dość mocno wyczuwalny, zatem otwieramy! Zapach tuż po otwarciu jednak nie jest tak intensywny jak się spodziewałem wcześniej, jest lekki i dominują nuty drzewne i liściaste.

Sam susz, jak możecie zerknąć na zdjęcia i coś podejrzeć, jest raczej drobniej zmielony niż przywykliśmy do yerby z Argentyny, jest trochę patyczków i pyłu. Same listki są raczej średnio cięte lub drobno, bywają blado zielone, brązowawe, raczej utrzymane w jednakowym kolorze – czasem jakieś przypalone frakcje również się znajdą. Po odsypaniu jednej lub dwóch porcji polecam zamknąć opakowanie i trochę przemieszać, aby susz się wyrównał, bo tego drobno zmielonego pyłu jest trochę.

flor de obera susz

Pierwsze zalania, pierwsze siorby i jest dość fajnie, nie ma ekscesów, jest za to lekki smak. Przyznam, że spodziewałem się większej mocy, ale zobaczymy za chwilę. Jest lekki smak, nie ma póki co niczego bardzo intensywnego, co pozwoliłoby jakoś mocno definiować w którą stronę susz skręca, jest takie yerbowe bagienko 😉 Lekkie, nie otumanione niczym gorzkim, jednostajne. Aż mnie lekko dziwi, że pomimo drobnego mielenia i sporej ilości (wizualnej) pyłku nie oddaje smaku tak szybko i mocno, z jednej strony to dobrze, zobaczymy jak będzie z wypłukiwaniem, a z drugiej… a z drugiej to w sumie, czym się przejmować.

Dałem jej chwilę postać pomiędzy zalaniami, smak nieco się zmienił, a właściwie pojawiło się nieco goryczki na tyle podniebienia, takiej ostrzejszej. Zarazem smak jest nieco maślany, nie nazwałbym go ciasteczkowym, bo bardziej chodzi mi o to, jak on osiada w buzi, a osiada gładko. Dziwne to wrażenie, trochę mi się to nie spina z tym jak zazwyczaj smakuje susz przy takim zmieleniu, przy kolejnych zasypach już tego tak nie czuć, ale smak jest nadal lekki, z wychodzącą goryczką od czasu do czasu.

Jeszcze jedna ważna rzecz, którą udało się ustalić dzięki Waszym uwagom, m.in. na Instagramie. Piotr i  Daniel zwrócili uwagę, że ich paczki były strasznie kwasowe i przy tym niesmaczne, ogólnie ocenili yerbe dość nisko. Moja paczka nie jest kwasowa, a data produkcji i data ważności była taka sama w przypadku paczki Piotra, zatem co się wydarzyło, nie wiem. Jednak warto o tym wspomnieć, ponieważ nie często zdarza się aż taki odchył, być może to nie z tego samego suszu poszło, trudno orzec w ciemno.

Wypłukiwanie: średnie (ok 0.7l)

Cena: 25–30 zł

Dostępność: opakowanie 0.5 kg

Pobudzenie: zostawiam do oceny pijącym. Na mnie działa umiarkowanie.

Moja Ocena: przeciętna z plusem (3+)